Subiektywne analizy popełnione w spektrum

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Religia. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 09, 2025

Lewicowy Jezus – prawicowy sztandar, czyli paradoks duchowej rewolucji w służbie konserwatywnego porządku: 

Chrystus – rewolucjonista, który nawoływał do oddania majątku i służby najbiedniejszym – dziś pojawia się na sztandarach konserwatywnych ruchów politycznych. Jak to możliwe, że duchowy buntownik stał się ikoną obrony tradycyjnego porządku?

Obrazek z codzienności politycznej

Na wiecu wyborczym w Polsce, obok biało-czerwonych flag, wisi krzyż. W USA – w kościołach ewangelickich – kazania przenikają się z wystąpieniami polityków republikańskich. W przestrzeni publicznej coraz częściej widzimy Jezusa jako strażnika narodowej tożsamości, obrońcę rodziny, symbol walki z „lewackimi ideologiami”. Jego twarz pojawia się na bilbordach nawołujących do „obrony cywilizacji chrześcijańskiej”. A przecież ten sam Jezus mówił: „Biada wam, bogacze, bo odebraliście już swoją pociechę” (Łk 6,24), „Sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim” (Łk 18,22), „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3). Jak to się stało, że duchowy anarchista stał się maskotką prawicowych porządków?

Jezus jako radykalny buntownik

Współczesna klasyfikacja poglądów politycznych jest młoda – sięga zaledwie rewolucji francuskiej – ale nawet przez ten pryzmat nauki Jezusa wypadają zaskakująco jednoznacznie. Sprzeciw wobec bogactwa i opresji. Otwartość wobec grup społecznych, które w dawnym Izraelu były dotknięte wykluczeniem: Samarytan, prostytutek, celników. Krytyka hipokryzji religijnych elit. Pacyfizm. Radykalne wezwanie do wyrzeczenia się własności i przewartościowania relacji społecznych: „Ostatni będą pierwszymi” (Mt 20,16), „Kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich” (Mk 9,35). Czyż nie jest to rewolucyjny projekt duchowego egalitaryzmu, który dziś zyskałby łatkę utopijnego lewicowego idealizmu?

W przypowieści o bogaczu i Łazarzu (Łk 16,19–31) Jezus bez cienia wątpliwości oskarża ludzi sukcesu i dostatku o ślepotę na cierpienie. A w scenie wypędzenia kupców ze świątyni (Mt 21,12–13) – dokonuje fizycznego aktu sprzeciwu wobec komercjalizacji religii. Ten Jezus nie był „umiarkowanym centrowcem”. Był prorokiem niosącym głęboko wywrotowe przesłanie. Gdyby dzisiaj żył – najpewniej walczyłby z kościołem, który działa pod jego imieniem. A jednak dziś staje się figurą konserwatywnego porządku.

Jezus jako palimpsest ideologiczny

Dlaczego więc to prawica – nie lewica – eksponuje postać Jezusa? Powodów jest kilka.

Po pierwsze: symbol. Chrystus jest potężnym znakiem kulturowym, zakorzenionym głęboko w zachodniej tożsamości. Kto go „ma” po swojej stronie, ten zyskuje dostęp do emocjonalnej legitymizacji – do sacrum. Prawica, szczególnie ta narodowa, odwołuje się do religii jako bastionu „wiecznych wartości”, niezależnych od politycznych mód. Jezus zostaje wtłoczony w ramy „obrońcy tradycji” – choć przecież mówił: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10,34).

Po drugie: instytucja. Kościoły – zwłaszcza te hierarchiczne – przez wieki były sprzęgnięte z władzą. Nauki Jezusa zostały skodyfikowane, uładzone, przekształcone w dogmat. Mówiąc brutalnie: duchowa rewolucja została zaadaptowana przez system, który Jezus chciał podważyć. Prawica odwołuje się więc nie tyle do osoby Jezusa, ile do instytucjonalnego dziedzictwa chrześcijaństwa – z jego autorytetem, strukturą, dyscypliną.

Po trzecie: tabu. Lewica często unika języka religijnego, obawiając się oskarżeń o hipokryzję albo próbę zawłaszczenia duchowości. Tymczasem prawica nie ma takich oporów – dlatego może skuteczniej „brandować” Chrystusa jako swojego patrona.

Po czwarte: geneza rozbratu lewicy z religią. Współczesna lewica w dużej mierze odziedziczyła ateistyczny rys nie dlatego, że sprzeciwia się naukom Jezusa, lecz dlatego, że narodziła się w opozycji do instytucji, która działała pod jego imieniem. W XIX wieku ruch robotniczy i socjalistyczny wyrastały w cieniu Kościoła sprzymierzonego z monarchią, właścicielami ziemskimi i porządkiem klasowym. Religia, zwłaszcza w wydaniu hierarchicznym, była postrzegana jako filar systemu, przeciwko któremu lewica się buntowała. W efekcie, odrzucając instytucję, odrzucono także symbol – nawet jeśli etyczny rdzeń nauki Jezusa był bliski lewicowym ideałom równości i solidarności. Ta decyzja miała swoją cenę: oddała prawicy monopol na język sacrum, a wraz z nim potężne narzędzie mobilizacji i budowania wspólnoty.

Religia to nie zawsze równa wierze

W tym kontekście warto odróżnić wiarę od religii. Wiara jest systemem wartości, wewnętrznym przekonaniem, które kształtuje sposób patrzenia na świat – może dotyczyć równości, sprawiedliwości, wolności. W tym sensie lewica również jest „wspólnotą wiary”, tyle że świeckiej. Religia natomiast to struktura rytuałów, strojów, ceremonii i instytucji, które tę wiarę porządkują i kontrolują. Jak widać – wbrew pozorom religia i wiara mogą funkcjonować niezależnie od siebie: może istnieć wiara bez religii oraz religia bez wiary. Nauki Jezusa należą do porządku wiary – duchowego buntu i radykalnego przewartościowania relacji społecznych. Tzw. religia „chrystusowa” powstała później, tworzona przez takich architektów porządku jak św. Paweł czy Konstantyn Wielki, którzy osadzili przesłanie w ramach polityki i hierarchii. W tym procesie przewrót w myśleniu został nie tylko uładzony, ale i w wielu punktach wypaczony.

Echa duchowej komuny

Choć termin „lewica” narodził się dopiero po rewolucji francuskiej, duch „Jezusowego egalitaryzmu” znajdował swoich wyznawców na długo wcześniej. W mrokach średniowiecza i burzliwych wiekach późniejszych pojawiali się ludzie, którzy czytali Ewangelię dosłownie – i brali ją poważniej niż jakiekolwiek kościelne bulle.

W XIII wieku włoscy Bracia Apostolscy głosili, że własność prywatna jest grzechem, a jedyną drogą jest wspólnota dóbr i życie jak Chrystus i Apostołowie – boso, bez monet w sakiewce, poza murami pałaców. Kościół nazwał ich heretykami, bo ich kazania brzmiały jak program polityczny wymierzony w cały porządek feudalny.

W Czechach XV wieku Taboryci – radykalne skrzydło Husytów – odrzucali przywileje panów i biskupów, żyli we wspólnocie, a ich modlitwy mieszały się z politycznymi hasłami o równości wszystkich ludzi wobec Boga. Wprowadzili coś na kształt religijnej republiki, gdzie Eucharystia i wiec ludowy stały obok siebie.

Nawet w łonie samego Kościoła rodziły się iskry buntu. „Duchowi” franciszkanie, niepogodzeni z kompromisami papieży, obstawali przy skrajnej wersji ślubu ubóstwa św. Franciszka. Widzieli w złoconych ornatach i kapiących od tłuszczu biskupich stołach bluźnierstwo wobec kazania na górze.

Potem przyszli anabaptyści z Münster, którzy próbowali stworzyć miasto-wspólnotę, w którym nie było bogatych ani biednych – choć ich historia skończyła się tragicznie. Jeszcze później w Anglii XVII wieku Diggerzy zaczęli uprawiać ziemię na wspólnych polach, wierząc, że Bóg dał świat wszystkim ludziom po równo.

Te ruchy miały wiele imion i różnych proroków, ale łączyła je jedna herezja: przekonanie, że Ewangelia nie jest metaforą, lecz instrukcją życia. Za tę dosłowność płacili wysoką cenę – od ekskomunik po stosy i gilotyny. Ale w ich opowieściach pobrzmiewa echo idei, którą dziś lewica uważa za swoją: że miarą człowieczeństwa jest troska o najsłabszych, a własność i władza są tylko narzędziami, które łatwo mogą stać się bożkami.

Może właśnie dlatego Kościół instytucjonalny tak konsekwentnie ich niszczył – bo w ich słowach było więcej z Jezusa niż w homiliach wygłaszanych w cieniu katedr.

Co nam to mówi o polityce i duchowości dziś?

Współczesny świat pełen jest paradoksów. W USA kaznodzieje głoszący Ewangelię prosperity wspierają polityków tnących świadczenia społeczne. W Polsce księża potępiają „lewicowe ideologie”, cytując Jezusa, który mówił: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25,40). Chrystus staje się figurą oporu wobec zmian społecznych, mimo że jego życie było nieustannym ruchem w stronę zmiany.

Czy można więc odzyskać Jezusa jako postać duchowej rewolucji – nie dla lewicy czy prawicy, ale dla człowieka? Być może. Ale wymaga to odwagi, by spojrzeć poza instytucję, poza symbol, poza tradycję – i usłyszeć głos, który wciąż powtarza: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36).

Jezus nie głosuje na prawicę

Jezus nie przyszedł, by bronić status quo. Przyszedł, by je zakwestionować. Jego nauki były radykalne, niewygodne, niepolityczne. A jednak – polityka nieustannie próbuje je okiełznać, ubrać w sztandar i wykorzystać dla własnych celów. Chrystus na prawicowym sztandarze to dowód nie na ideologiczną spójność, ale na plastyczność symboli i głód świętości, który każda władza próbuje ugłaskać na swój sposób.

Paradoks polega na tym, że im bardziej Jezus staje się narzędziem polityki, tym bardziej oddala się od swojego przesłania. A może właśnie to – ten wieczny rozjazd między nauką a interpretacją – jest najgłębszym dramatem religii w świecie ideologii?

Zrozumienie tej historii pozwala dostrzec, że spór o Jezusa to nie tylko kwestia teologii, lecz przede wszystkim walki o symbole. Prawica, zawłaszczając postać Chrystusa, wzmacnia swój przekaz emocjonalny i moralny. Lewica, wyrzekając się metafizyki, w imię racjonalizmu, pozbawiła się jednej z najpotężniejszych walut politycznych – zdolności nadawania swoim ideom wymiaru duchowego. A przecież łatwiej jest uzasadniać idee równości, sprawiedliwości i humanizmu - poprzez pryzmat wiary, a nie ekonomii. Tymczasem – oddano prawicy monopol na symboliczny wymiar wspólnoty, a spór o nauki Jezusa – zamiast stać się debatą o ich sensie, utknął w obszarze krytyki… rytuałów. 

lipca 19, 2025

Słowiańskie archetypy przestrzeni. O duchowości zakorzenionej: 

Słowiańska duchowość to zakorzeniona, cicha obecność – nie w monumentalnych formach, lecz w harmonii z przyrodą i codziennością. W przeciwieństwie do zachodniego ducha dominacji, Słowianin jawi się jako część krajobrazu, a nie jego pan. To refleksja nad tożsamością osadzoną w atmosferze, geście i pamięci miejsca, a nie w murach.

Bez dominanty: przestrzeń jako trwanie

Pierwotny, słowiański sposób myślenia o przestrzeni nie domaga się dominanty architektonicznej. Nie potrzebuje wieży, katedry ani kolumny zwycięstwa. Dla niego ważniejszy jest stary dąb, niż wieża ratusza. Gdzieś u podstaw tej postawy tkwi głęboki, choć rzadko uświadamiany, archetyp – duchowość zakorzeniona. Przestrzeń nie jest miejscem rywalizacji ani eksponowania władzy. Jest miejscem trwania.

W kontraście do Zachodu

W przeciwieństwie do mentalności zachodnioeuropejskiej, która od średniowiecza kształtowała się wokół idei dominacji nad przestrzenią – poprzez monumentalną architekturę, logiczny urbanizm, fortyfikacje i instytucje – słowiańskie podejście jest ciche, płynne i organiczne. Słowianin nie potrzebuje lochów ani bastionów. Jego dom może być z drewna, a najświętsze miejsce – polaną w lesie.

Materia jako przejście, nie cel

Wschodni duch nie szuka dowodu istnienia w materii. Przeciwnie: materia jest narzędziem przejścia, nośnikiem, ale nie celem. Stąd uderzająca skromność słowiańskiej architektury wiejskiej, dominacja drewna, ziemi i światła, brak monumentalnych form. Przyroda nie zostaje ujarzmiona, ale współistnieje z człowiekiem.

Ziemia jako relacja, nie własność

Być może źródła tej postawy sięgają agrarnego trybu życia, w którym ziemia była nie tyle „przestrzenią do podziału”, ile żywą całością. W świecie bez silnych centrów władzy, bez jednoznacznych granic kulturowych, duchowość rodziła się raczej z relacji niż z formy. Człowiek nie był właścicielem, lecz częścią przestrzeni. Nie planował – współodczuwał.

Między agraryzmem a pół-koczowniczością

Warto pamiętać, że polska kultura – w jej niższych warstwach społecznych – była kulturą agrarną, a w warstwach elitarnych – wręcz pół-koczowniczą. Szlachta, związana z ziemią bardziej terytorialnie niż osadniczo, żyła w ruchu: od dworu do dworu, od sejmiku do pola walki. W średniowieczu szlachcic zmierzał do swoich włości na dłużej dopiero pod koniec jesieni – na “zimowe leże”. Mieszczanin w początkach Polski był wyjątkiem, nie regułą.

Bez miasta, bez centrum, bez monumentu

Średniowieczna Polska miała zaledwie kilka większych ośrodków miejskich – nie licząc stołecznych Krakowa i Poznania oraz utraconych później Wilna i Lwowa, pozostałe były raczej grodami lub mieścinami. Brak naturalnej, silnej miejskiej klasy średniej oznaczał również brak trwałych centrów kulturotwórczych, co jeszcze silniej umacniało przestrzeń otwartą, przyrodzoną, jako podstawową scenę życia społecznego i duchowego.

Pokrewieństwa duchowe: mgła, a nie mur

Ta duchowość ma swoje echa również poza Słowiańszczyzną – blisko jej do duchowości hinduskiej, buddyjskiej, a w Europie: do celtyckiej melancholii i umiłowania mgły nad doliną. W tych kulturach świat nie musi być zdefiniowany przez ostre kontury, ciężar kamienia czy rangę pomnika. Liczy się atmosfera. Gest. Relacja.

Architektura dominacji kontra przestrzeń relacji

Na tym tle zachodnia obsesja monumentalizmu, geometrii i definicji wydaje się być próbą ujarzmienia chaosu życia. Gotyckie katedry, renesansowe place, klasycystyczne założenia urbanistyczne – wszystkie te formy mówią: „To my panujemy nad przestrzenią, czasem, nad historią”. To architektura dyscypliny, dominacji i hierarchii.

Ziemie Zachodnie: przestrzeń w cieniu cudzych murów

W Polsce to napięcie jest szczególnie wyraźne na Ziemiach Zachodnich i Północnych – tzw. „Ziemiach Odzyskanych”. Mamy tu do czynienia z przestrzenią zapożyczoną, często narzuconą, zbudowaną przez kogoś innego i dla innych celów. Miasta Dolnego Śląska, Pomorza, Warmii i Mazur – ze swoimi ratuszami, kamienicami, gotyckimi kościołami, pałacami, brukami i dworcami – są materialnym świadectwem niemieckiego, protestanckiego, porządkującego ducha. Po wojnie zostały zagospodarowane przez napływową ludność polską, ale ileż czasu trwało, nim ta przestrzeń została zrozumiana?

Polskość niewidzialna, ale wyczuwalna

W tej infrastrukturze to, co polskie, jest niewidoczne gołym okiem. Polskość nie jest wyrzeźbiona z kamienia, ale unosi w powietrzu. Jest w tym, co ulotne: w zapachu dymu, w rozmowie sąsiadów, w geście zaproszenia. Żyje raczej w sposobie użytkowania przestrzeni niż w jej formie.

Mentalność pogranicza, duchowość trwania

Ziemie Zachodnie są więc przestrzenią pogranicza nie tylko geograficznego, ale egzystencjalnego. Polska mentalność – bardziej wspólnotowa niż instytucjonalna, bardziej emocjonalna niż projektowa – szuka tu dla siebie miejsca. Często ją maskuje, „modernizuje”, stylizuje. Ale jej rdzeń pozostaje ten sam: człowiek, który chce czuć się częścią, a nie właścicielem przestrzeni.

Trwanie zamiast triumfu

Archetyp zakorzenionej duchowości nie oznacza słabości ani braku ambicji. To inna forma siły – nie tej, która wykuwa pomniki, ale tej, która potrafi trwać. Trwać mimo zaborów, przesiedleń, urbanistycznych przeszczepów. To duchowość, która nie szuka legitymacji w instytucji, tylko w odruchu.

Nie przeciwko, lecz obok

Nie chodzi o to, by przeciwstawiać kulturę Słowian kulturze Zachodu w trybie wyższości czy niższości. Raczej o zrozumienie, że te różne archetypy tworzą inne światy: jeden ostry, geometryczny, pełen akcentów; drugi – miękki, relacyjny, przyzwalający.

Przestrzeń jako wspólnota egzystencji

Dlatego w naszej edukacji i myśleniu o przestrzeni potrzeba dziś nie tylko wiedzy technicznej i historycznej, ale również egzystencjalnej: refleksji nad tym, kim jesteśmy jako wspólnota przestrzenna. Czy potrafimy odbudować relację z miejscem, które nie zostało przez nas zbudowane? Czy umiemy odnaleźć polskość tam, gdzie nie ma jej symboli, tylko ślady?

Bo może prawdziwa polskość nie jest w murach, ale w miękkim świetle poranka, w cieniu drzewa, w przydrożnym krzyżu i w gościnności, która nie pyta o paszport?

czerwca 24, 2025

Po owocach poznacie ich. Religia, wiara i grzech obłudy: 

Krytyka religijnej hipokryzji – prawdziwa wartość wiary mierzy się czynami, nie słowami.

„Po owocach poznacie ich” — to jedno z najbardziej lapidarnych, a zarazem fundamentalnych zdań Nowego Testamentu. Zamiast słuchać o intencjach ludzi, patrzmy na skutki ich działań. Nie liczy się, co ktoś mówi o sobie i jaką deklaruje wiarę — liczy się to, co robi. I jaki to ma wpływ na innych.

A jednak żyjemy w świecie, gdzie religia i wiara bywają zasłoną dla interesów, uprzedzeń i próżności. Ludzie przywiązują wielką wagę do etykietek — katolik, muzułmanin, protestant, taoista — jakby sama przynależność zapewniała moralną czystość. Tymczasem prawda jest prosta i bezlitosna: kto kradnie, jest złodziejem; kto kłamie, jest oszczercą — bez względu na to, w jakim imieniu to robi i jak pięknie uzasadnia swoje czyny.

Cel nie uświęca środków — choć wielu w to wierzy

Często słyszymy: „dobry cel wymaga poświęceń” albo że „liczą się intencje”. Brzmi to wzniośle, ale prowadzi na manowce. Jeśli cel miałby uświęcać środki, to można usprawiedliwić wszystko — od manipulacji po skrajne zło. Historia zna takich przypadków aż nadto. Codzienność też.

Tymczasem cel nie uświęca środków z bardzo prostego powodu: krzywda pozostaje krzywdą, niezależnie od motywacji. Przemoc, nawet ta zadana w imię „dobra”, nie przestaje być przemocą. A każda agresja wyzwala kontrę. Ból nie znika tylko dlatego, że ktoś miał dobre intencje. Wręcz przeciwnie — zło legitymizowane dobrem staje się jeszcze groźniejsze, bo trudniejsze do rozpoznania.

Dodatkowo, żadna intencja — nawet najszlachetniejsza — nie gwarantuje skuteczności. Co z projektami opartymi o wzniosłe idee, prowadzonymi z pełną bezwzględnością, które jednak nie przyniosły nic poza cierpieniem? Czy fakt, że ktoś „chciał dobrze”, wystarcza, by usprawiedliwić chaos, który po sobie zostawił?

I wreszcie: dobro to pojęcie niebezpiecznie względne. Kiedy zaczynamy dopuszczać, że można dla jego realizacji posługiwać się kłamstwem, przemocą czy pogardą, bardzo szybko okazuje się, że realizujemy już nie dobro wspólne, ale interes partykularny. I wtedy każdy fanatyzm da się wytłumaczyć. Każde okrucieństwo uargumentować. Każdą hipokryzję da się ozdobić jakąś flagą.

Religia to narzędzie. Wiara to odpowiedzialność

Wiara — jeśli jest autentyczna — nie potrzebuje wielkich słów ani widowisk. Nie musi się tłumaczyć ani bronić. Objawia się w gestach, w codziennych czynach, w cichym porządku serca. Nie potrzebuje deklaracji, bo sama w sobie jest odpowiedzią.

Religia, przeciwnie — potrafi prowadzić zarówno ku miłości, sprawiedliwości i empatii, jak i ku ich przeciwieństwom: ku pysze, dominacji, przemocy usprawiedliwionej dogmatem. Wystarczy niewielkie przesunięcie sensu, by duch stał się narzędziem władzy.

Najbardziej zdradliwa bywa chwila, w której — zgodnie z prymitywnym stereotypem — religia dzieli ludzi na „swoich” i „obcych”. Wtedy święte słowa stają się bronią, a modlitwa — manifestem tożsamości. Jakby walczący zapomnieli, że mimo różnic wszyscy pochodzimy od tej samej, niewidzialnej Siły, której nie da się zawłaszczyć ani nazwać po imieniu.

Nawet w obrębie jednej wiary granica jest cienka, a hipokryzja — stara jak świat.

Kobieta, katoliczka, samotnie wychowująca niepełnosprawne dziecko, zwraca się z prośbą o pomoc do znanego katolickiego radia. Wierzy w ich słowa o miłości, trosce i wspólnocie. W odpowiedzi słyszy: „Pani się pomyliła, my nie dajemy pieniędzy — my je tylko zbieramy.”

Brutalne? Tak. Ale też obnażające rozdźwięk między religijnym dyskursem a etyką działania.

Miłość bliźniego staje się pustym sloganem, jeśli nie przybiera formy czynu. Prawdziwa wiara nie potrzebuje mikrofonu — wystarczy jej realna obecność.

Po owocach ich poznacie. I siebie też

To zdanie z Nowego Testamentu jest nie tylko ostrzeżeniem wobec innych. To także wyzwanie rzucone każdemu z nas. Kim naprawdę jesteśmy — w praktyce, a nie w autoopisie? Co zostaje po naszych słowach?

W świecie zalanym deklaracjami, jedynym wiarygodnym kryterium są czyny. Pomoc, uczciwość, prawdomówność. Tylko tyle — i aż tyle. Nie ma znaczenia, do kogo się modlisz, jeśli twoje działanie krzywdzi. Nie ma znaczenia, jaką wiarę wyznajesz, jeśli jesteś obojętny na cierpienie. Nie motywacja czyni cię dobrym człowiekiem, lecz skutek twojego działania. Możesz deklarować wiarę w Chrystusa, Mahometa, Buddę, Jahwe, a nawet Marcina Lutra — ale jeśli twoje czyny nie niosą dobra, jesteś hipokrytą.

To twarda prawda, ale warta przypomnienia. Bo dziś coraz częściej spotykamy się z religijnością na pokaz, z miłością, która nie kosztuje, i z wiarą, która nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji. Dla kogoś, kto określa się osobą religijną to nie są błędy. To są grzechy. I to być może największe grzechy naszej epoki. Jeśli pomija się tę prawdę, to chyba   uczciwiej jest być – par excellence – ateistą.

„Fanatyzm to przeciwieństwo miłości… Pewien mędrzec powiedział mi kiedyś — nawiasem mówiąc, to był muzułmanin — że ma więcej wspólnego z rozsądnym, racjonalnie myślącym żydem niż z fanatykiem własnej religii. Ma więcej wspólnego z rozsądnym, racjonalnie myślącym chrześcijaninem, buddystą czy hinduistą niż z fanatykiem własnej religii.”

— Gregory David Roberts, Shantaram

Copyright © Substantial Void , Blogger